jebudubu blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2011

 

Znów mnie szatani podkusili i tym razem diabli nas ponieśli z Elfem w góry… A konkretnie na jedną górę, która podobno miała być niska. Zachęciło mnie to, pojechałam, a potem SPOJRZAŁAM.

 

 

 

 

Poczułam się niemal uczczona tym publicznym wyznaniem, że wzrostem przewyższam stołek.

A wysokość góry interpretuję po swojemu, to jest – skoro góra niska jest jak ja, a tak naprawdę jest STRRRASZNIE wysoka (tak, tak, moje nogi i zakwasy wiedzą, co mówią!), to znaczy, że tak naprawdę ja też jestem wysoka! i mylą się wszyscy ci, co twierdzą, że wzrostem dorównuję przeciętnemu pudlowi. Uczesaniem też, ale to już inna historia :D

 

 

- Chodź, pojedziemy na rowerach na moją działkę! –
powiedziała zachęcająco pewnego pięknego dnia Edyta. Spojrzałam na nią tak,
jakby znienacka oświadczyła, że zakłada hodowlę aligatorów.

- Nie mam roweru – zauważyłam sucho po chwili, starając się opanować
wybuchłą z nagła panikę. Na rowerach, matko moja jedyna…!!!

 

 

Nie dalej jak przed czterema laty z wielkim talentem
wyłożyłam się na idealnie prostej jezdni, elegancko wyrywając sobie kawał mięsa
z ręki i posyłając rower wielkim łukiem w krzaki. Poleżałam chwilę, podumałam,
złożyłam uroczystą przysięgę, że nigdy więcej stopa moja na pedale rowerowym
nie postanie, wyciągnęłam pojazd z krzaków i – ociekając osoczem – ruszyłam w
dalszą drogę.

Przez te cztery lata udawało mi się przysięgi dotrzymać, rowery
oglądałam tylko z daleka, a teraz ta gangrena, podobno przyjaciółka moja, do
zguby mnie namawia!!!

Od razu mówię, iż nie wiem, ile szatanów mnie podpuszczało,
że się w końcu zgodziłam, ale podejrzewam, że co najmniej pół Piekła zostało
zaangażowane do tej roboty. Pożyczyłam od kuzynki rower.

- Przednie koło trochę mało napompowane, ale co tam –
orzekła beztrosko, wpychając mi w objęcia pojazd. – To gdzie jedziecie?

- Do Grabia – odparłam, nieufnie oglądając czerwone cudo z
koszyczkiem.

- Aaa, to tam, gdzie góry są takie DUUUŻE? – No i masz, góry.
W dodatku DUUUŻE. Zacisnęłam zęby, pożegnałam krewną i z duszą na ramieniu
dosiadłam bicykla.

Pierwszą rzeczą, jaką udało mi się uczynić, to pomylić
strony jezdni. Poprułam w dół ulicy, uradowana, że jeszcze nie leżę w żadnym
rowie, i dopiero po pewnym czasie zastanowiło mnie, dlaczego kierowcy na widok
mojej osoby wytrzeszczają gały, rysują sobie kółeczko na czole, a potem jeszcze
gwałtownie się za mną oglądają. Spojrzałam na swoje łapki, zegarek był na lewo,
ja z rowerem takoż, zatem chyba niedobrze…? Zmieniłam stronę i kierowcy się
uspokoili. Otarłam pot z czoła i dotarłam do skrzyżowania.

- Kto ma pierwszeństwo, oni czy ja?! – pomyślałam w popłochu
i z wrażenia zapomniałam o hamulcach. Zastanawiając się cały czas nad kwestią
tego cholernego pierwszeństwa, przejechałam z rozpędu przez całe dwa
skrzyżowania i nawet nic we mnie nie wjechało. Kierowcy jakoś nie bardzo lubią
przejeżdżać rowerzystów, fanaberia taka.

Udało mi się w końcu wyplątać z tej straszliwej plątaniny
ulic w Skawinie* i skręciłam na prostą metodą „jadę i mam nadzieję, że żadnego
innego pojazdu nie ma w pobliżu, a odwrócić się, by to sprawdzić, nie odwrócę,
bo zlecę z roweru na zbity pysk!!!”. Nic mnie nie zabiło, widać nie było mi
przeznaczone, i pojechałam sobie spokojnie dalej. Dokładnie przed wjazdem na
górkę prowadzącą do domostwa Edyty opona odmówiła współpracy, wydała z siebie
buntownicze „puf!” i komfort jazdy jakby nieco się pogorszył. Rzuciłam w
przestrzeń komentarz dotyczący sytuacji, zsiadłam z roweru i wywlokłam ciężką
kobyłę pod tę cholerną górę. Gdy doczołgałam się wreszcie pod miejsce
zamieszkania Elfa, pot płynął ze mnie strumieniami, irytacja strzelała uszami,
a ogień piekielny buchał z pyska. Wyciągnęłam telefon.

- Edyta! Podejdź no do płotu!

- Moment.

- Żaden moment, złaź NATYCHMIAST!

Po kilku minutach wyszła i oko jej padło na imponujący kapeć
wykwitły beztrosko na przedniej oponie. Zdębiała, palnęła się z rozmachem w
czoło, odwróciła na pięcie i wróciła do domu.

- Tato, Karo przebiła koło! – dobiegło do mnie.

- W zasadzie możliwe też, że zgubiłam wentyl – powiedziałam,
w skupieniu przyglądając się kapciowatemu nieszczęściu.  

- Tato! Ta idiotka mówi, zgubiła WENTYL!

Chwila milczenia. Dość długa.

- Zaraz zejdę…

Zszedł. Stwierdził, że jednak wentyla nie zgubiłam, za to zleciała
się połowa osiedla i wzięła udział w rozrywce. Na oponę została naklejona
łatka, całość dopompowano i w końcu mogłyśmy ruszyć w drogę. Ruszyłyśmy,
zjechałyśmy z górki i opona znów się obraziła.

- Edyta, ona mi syczy – poinformowałam z urazą przyjaciółkę.

- Sama syczysz, głupia kretynko. Pedałuj, mamy opóźnienie!

- Kiedy ona mi syczy!

Syczała. I uczyniła kapeć. Edyta wyciągnęła telefon.

- Tato…

Wróciłyśmy. Znów wywlokłam tę ciężką jak sto piorunów
zarazę, porzuciłam ścierwo pod domem Edyty, tata rzeczonej z rezygnacją
pojechał po nową dętkę, a my zasiadłyśmy na trawniku.

- O, a wy co tutaj robicie? – zdziwiła się przechodząca obok
kuzynka Elfa.

- Pędzimy jak strzała w kierunku Grabia już od półtorej godziny
– mruknęła Edyta nieco jadowicie.

W końcu jednak nowa dętka została założona i tata Edyty
poczuł się w obowiązku przypomnieć córce, czego z własnym rowerem ma NIE ROBIĆ.

- Pamiętaj, żeby nie wrzucać trójki – przykazał surowo. – Bo
ci łańcuch spadnie.

- A bo ja wiem, która to trójka! – zdenerwowała się ona,
Edyta, nie trójka. Ostatecznie fakt istnienia namalowanej na przerzutce cyferki
3 jeszcze o niczym nie świadczy.

Odjechałyśmy wreszcie, odprowadzane wzrokiem pełnym rezygnacji.
Biedny tata Elfa.

Po kilku minutach jazdy z niezadowoleniem zauważyłam, że
Edyta zasuwa jakby nieco szybciej. W dodatku ja pedałuję niczym znerwicowana
świnka morska w kołowrotku, a ona nie. Edyta, nie świnka morska. Ledwo kilka
razy nogą machnie i już dwa kilometry przede mną, cholera jasna (znów Edyta,
nie świnka, i na litość boską, niech się wreszcie odczepię od tego biednego
zwierzęcia!). Zdenerwowało mnie to, bo niby z jakiej racji mam tu bić rekordy
świata w kolarstwie! Zażądałam zmiany tempa jazdy na wolniejsze.

- Wolniej, do cholery, wolniej! – syczałam niczym rozszalała
żmija, usiłując dogonić Elfa. – Gdzie się tak spieszysz, stara wariatko, Grabie
nie ucieknie!

- Tylko nie stara! Mój rower ma większe koła, zmień sobie
przerzutkę, to ci będzie lepiej się jechało.

Zmień przerzutkę, jeszcze czego! Ryzykować, że mi znienacka
na to łańcuch zareaguje protestem i zleci? Wolne żarty! Z przekleństwem na
ustach i planem wysadzenia Grabia w powietrze dokitowałam. I wtedy w drogę
wlazła nam pielgrzymka z gromkim „Budujemy Kościół Boży!” na ustach. Pieśń
grzmiała, ludzie dziarskie marsze kontynuowali środkiem ulicy, a mnie szlag
trafił. Co mam zrobić, przefrunąć nad nimi?! Ominęłam ich jednak jakoś, a potem
objawiła się górka, co ja mówię, jaka górka, Mount Everest to było lekkie
wzniesienie, w zasadzie teren płaski, a jak się zastanowić, to nawet lekkie
wgłębienie w terenie, kotlina!!! W połowie drogi się poddałam, ze strasznym
krzykiem „Nie chcę umierać!” zeskoczyłam z roweru i dalej ruszyłam piechotą. Edyta
na te Himalaje wyjechała.

Po Mount Evereście objawiło się jego rodzeństwo, nieco
niższe, ale zupełnie nie szkodzi, poddałam się w połowie drogi, porzuciłam
bicykl i runęłam na trawniczek przed sklepem spożywczo-przemysłowym. Elf
miłosiernie zabrała rower z ulicy i przestawiła go w jakieś rozsądniejsze
miejsce, po czym także usiadła na trawniku. Nie minęło wiele czasu… Uwaga,
będzie wulgarnie i rynsztokowo.

- Idą dresy – powiedziała Edyta ostrzegawczo.

- Ilu?

- Pięciu.

- A to niech spierdalają…

Nie będą mi dresy odpoczynku zakłócać! Jakby lazło ich ze
dwadzieścia, to może bym się ruszyła. MOŻE.

Do Grabia dotarłyśmy. Żywe. I nawet wróciłyśmy, aczkolwiek
mnie w drodze powrotnej udało się jeszcze zajechać drogę autobusowi oraz trzy
razy wjechać do rowu, bo jakoś tak mnie tam niosło.

 

Wnioski:

 

- NIGDY WIĘCEJ NIE JADĘ NIGDZIE, a do Grabia w
szczególności, NA ROWERZE!

- Ale rower to chyba sobie jednak kupię.

 

* dwie ulice na krzyż

JEB

Brak komentarzy

 

Jak w tytule. 

To stanowczo nie był mój dzień.

 

 

Przez cały lipiec tak przywykłam do deszczu, że jak zobaczyłam znienacka słonce, to w pierwszej chwili nie mogłam sobie przypomnieć, jak się to to nazywa. Żółte i świeci. Ot, zagadka.

 

 

 


  • RSS