jebudubu blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2012

Jak w tytule. 
Zacznę może od rzeczy, która ostatnimi czasy ma zdecydowany wpływ na mój odruch wymiotny:
Nie będę się jakoś szeroko rozpisywać w tym temacie, bo mi zwyczajnie gorzej na samą myśl o tym. Mam jedynie wielką ochotę tłuc głową o biurko, gdy czytam wypowiedzi polityków, bo od tego, co wygadują wszyscy razem i każdy z osobna, jęczy ziemia. Gdyby pioruny rąbały w tę ziemię przy każdym idiotyzmie, to z naszej pięknej planety raczej niewiele by zostało. 
A teraz, zanim mnie szlag trafi, coś z innej beczki. Jak wszycy pamiętamy (albo i nie, więc przypomnimy), w ostatnim komiksie do spółki z Elfem wyobijałyśmy sobie zadek na śniegu, usiłując okiełznać wynalazek samego szatana, to jest – deskę snowboardową. Jeden z komentarzy do owego komiksu brzmiał: „Prostokątne deski…”, a politowanie oraz fejspalm strzelały z niego na kilometr co najmniej. Jak wszyscy wiemy, decha snowboardowa prostokątna nie jest. Ale cóż tam, pomyślałam buntowniczo, nie ugnę się! W komiksie zostanie prostokątna! 
  
Oczywiście, że byłam nieugięta. Przez całe 25 minut :D

Na dupę!

Brak komentarzy
Słownisiek:
„Na dupę!” – okrzyk, który początkujący, przyszły wymiatacz na stokach słyszy bardzo często od instruktora w pierwszych chwilach swojej styczności z dechą snowboardową. W momencie, kiedy nie wiemy, co robić, a taka przykładowo zaspa/płot/wiejska chałupa/wyciąg zbliża się do nas niebezpiecznie szybko, należy po prostu upaść na zadek i ocalić życie. 

Ad rem:
Elfa i mój kolega jest instruktorem snowboardu i w którejś tam chwili zaproponował, że nauczy nas jeździć, a my – pozbawione widać podstawowego odruchu ratowania życia – się ucieszyłyśmy. W sumie wtedy jeszcze tym instruktorem nie był i pełna oferta brzmiała mniej więcej: „Jeżeli nie przeżyjecie, to będę musiał zmienić techniki nauczania”, ale – jak już wspominałam – nasz instynkt samozachowawczy pasł się na innej łące.
Ostatecznie jednak nie wystąpiłyśmy w charakterze pierwszych na śmierć idących, wszyscy kursanci przeżyli, a zatem… 
  
Samych cudów udało nam się tam dokonać. Pomijam już fakt, że każda z nas we własnym zakresie wjechała w wyciąg, a później usiłowała się stamtąd w panice wyczołgać, pomijam pełzanie po śniegu, wielkim krzykiem przeczące wszelakiej gracji, pominę też to, że przejechałam jakąś babę, bo mnie jakoś tak poniosło, a ona nie zdążyła uciec, wspomnę za to o snowboardowym rozzuchwaleniu. Otóż, w momencie, kiedy przez jakieś 10 sekund udawało mi się nie zaryć zębami w śnieg, wpadałam w nastrój taki więcej szampański, co kończyło się następująco:
Jazda nasza odbywała się głównie na tyłku, gromkie okrzyki: „Na dupę, na dupę mówię!!!” niosły się echem po całym stoku, ale zabawa była przednia :D
Cóż… nie mogę powiedzieć, żeby otaczali mnie sami mistrzowie dyplomacji… :D
Muszę przyznać, że moi znajomi zdolność skutecznego pocieszania się opanowali do perfekcji.
A dłonie? Ot, rezultat posiadania w domu kota (uaktywniającego raczej często pazury) i brzdękania na gitarze (równie częstego) :D
Każdy ma swoje małe manie, ja też. Ja w sumie mam ich nawet dużo, a jedną z nich jest składanie z ulotek, papierków po cukierkach i innych śmieci myśliwców Imperium ku czci i chwale IV, V i VI części Gwiezdnych Wojen. 
Niestety, nie wszyscy doceniają piekno tych niesamowitych statków…

  • RSS