Wszystko zaczęło się w zeszłą
niedzielę, kiedy to nabyłam w sklepie sieci Lidl sos pomidorowy.
Radosna jak całe stado prosiątek w deszcz wróciłam do mieszkania,
wepchnęłam zakupy do lodówki i aż do poniedziałku zapomniałam o
przeklętym wytworze pomidorowym, kiedy to głodna jak wataha dzikich
zwierząt rzuciłam się w stronę kuchni. Z planem przyrządzenia
czegoś w rodzaju obiadu spróbowałam dostać się do zawartości
słoika i tutaj objawił się problem – piekielne szataństwo
wypięło się na mnie, powiedziało, że chromoli, obiadu nie
będzie, bo ono się nie otworzy i cześć. Zgniewało mnie to –
nie będzie byle ścierwo, słoik, decydowało o moim obiedzie!
Ruszyłam zatem do boju, wyposażona w odpowiednie narzędzia, jak
tłuczek do mięsa, zestaw noży, a nawet otwieracz do piwa, który
jakoś tak wlazł mi pod rękę. Słoik jednak, twarde bydlę,
odmówił współpracy i ostatecznie naciapałam keczupu na makaron,
co i rusz rzucając pełne urazy spojrzenia na piekielny sos.

Sytuacja powtórzyła się jeszcze
kilka razy, aż w końcu zupełnie straciłam cierpliwość i
poleciałam podzielić się problemem, co wcale nie okazało się
takim znowu znakomitym pomysłem, ponieważ każdy nagabywany
stwierdzał, że to na pewno musi być bezpieczna zakrętka, a ja
jestem po prostu ten ostatni osioł, który o takim sposobie
zabezpieczania żywności jeszcze nie słyszał, a nawet, jeśli
słyszał, to co z tego, skoro otworzyć żarcia nie potrafi.
Zirytowało mnie to, bo do cholery! Jeżeli tak zabezpieczają żarło,
to bezpieczne ono będzie do uśmiechniętej śmierci, bo nawet
sfrustrowany nosorożec się do niego nie dostanie!

Jako że najgłośniej o bezpiecznej
zakrętce trąbiła Kot, chwyciłam słoik i poleciałam z nim do
niej, a proszę bardzo, niech sama zobaczy, że z tej zakrętki takie
zabezpieczenie, jak z koziego ogona transformator!

Kot stwierdziła, że mimo wszystko
otworzy…

 

No i otworzyła, co będę kłamać, że
nie.

Oddać honor muszę także Pudliszkom;
nie wiem, czy ktokolwiek widział kiedy tak imponujący bryzg i efekt
kolorystyczny na ścianach i w każdym możliwym zakątku kuchni –
duża rzecz.

A wulgaryzm być musiał, jest to
bowiem cytat, którego się nie mogłam wyrzec – w końcu to
historyczna chwila! NIE JA wybuchłam sos na ściany! Fanfary!      

Satysfakcji starczy mi na kolejne dwa miesiące.