Ostatnio tak się jakoś składa, że do roboty pędzę na godzinę upiorną, mianowicie ósmą rano (środek nocy), rzecz jasna zupełnie nieprzytomna. Rozmawianie ze mną o tej porze doby nie ma najmniejszego sensu, gdyż nie sądzę, by w mojej głowie odbywały się wtedy jakiekolwiek procesy myślowe; należy raczej poczekać tak mniej więcej do dziesiątej/jedenastej i wtedy ewentualnie próbować opowiadać straszne i dramatyczne historie.
Przekonał się o tym dobitnie Michał, kumpel z pracy…
Ryk oburzonego bawołu, który echem poszedł po firmie, skutecznie wytrącił mnie z sennego otępienia. Zdążyłam jeszcze wykrzesać z siebie jakieś współczucie czy coś, które w miernym stopniu ukoiły wzburzoną duszę pozbawionego śniadanka Michała.