jebudubu blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2012

Ponoć w nocy nie powinno się już szamać. Ponoć. Tak twierdzą niektórzy, że niby tak jest lepiej, że zdrowiej, że coś tam jeszcze. Bardzo możliwe. Z tą całą wiedzą Natalia nabyła woreczek słodkości i jakoś tak znienacka się zrobił wieczór, a potem noc, a wtedy…

  
Ze wszystkich cukierków świata wylosować sobie akurat z TAKIM napisem, to już doprawdy trzeba mieć fart. Ale nie żal mi Natalii wcale, niech ją zjedzą wyrzuty sumienia i dietetyk Mariusz wyklnie, bo mi pisze o tym, co wsuwa, podczas gdy ja od kilku dni żyję o misce muesli zalanych owocowym kefirkiem, bo nic więcej mi nie wolno, niech diabli wezmą chorowanie.   
Wielką przerwę w dostawie komiksów sponsoruje nic innego, jak tylko magisterka, którą w pocie czoła wraz z Kotem staramy się napisać, żeby skończyć wreszcie z tą polonistyką, bo ileż w końcu można. W zasadzie powinnyśmy się nawzajem solidnie i z rozpędu kopnąć w tyłek, bo zabrałyśmy się za to pisanie skandalicznie późno i teraz jak te dwa mocno spłoszone osły usiłujemy wyrobić się w terminie i zdążyć te cholerne prace dyplomowe złożyć. Nie idzie nam zbyt niesamowicie, no ale powiedzmy, że bliżej nam końca niż początku.
Wykańczamy zatem magisterki, magisterki wykańczają nas, Kot nie może patrzeć na szanty i pieśni żeglarskie, ja spluwam na widok baśni fińskich i w sumie jesteśmy już w momencie nanoszenia poprawek. A że poprawki najlepiej nanosi ktoś obcy, wymieniłyśmy się zatem naszymi pracami i zaczęłyśmy katorżniczą robotę…
 
Jednym z wielkich problemów przyszłych magistrów są synonimy. Po wyczerpaniu „książek”, „utworów”, „dzieł”, „publikacji”, „tekstów” i tym podobnych, człowiek w panice zaczyna się chwytać wszystkiego, między innymi właśnie „pozycji”, rozpaczliwie usiłując uniknąć powtórzeń, i już doprawdy nie moja wina, że komuś się coś kojarzy. Proszę bardzo, niech się kojarzy, jak już koniecznie musi. A powtórzeń uniknąć całkiem niepodobna, samego słowa „baśń” pałęta się po mojej pracy tyle, że spokojnie by pałac kultury wystawił, a kocie „szanty” i „pieśni pracy” oraz „wykonywanie” wypełniłyby bez mała wór po kartoflach. Albo basen, na dwanaście sążni głęboki. Zgłupieć z tego można zupełnie! 

Drugim, moim własnym już kłopotem jest styl. Pisać naukowo i uczenie nie umiem w ogóle, chociaż – jak mamę kocham – staram się zupełnie wyjątkowo, nie tyle może z obowiązku, co po prostu żal mi mojej promotorki, która, czytając moje twory, rwie włosy z głowy i obłęd ma w oczach. I przypomina mi co dwie sekundy, że to nie jest felieton ani komedia, mam się pohamować, do cholery!
Tyle mi z tego pohamowania wyszło, że Kot o mało nie zeszła wczoraj, kiedy dotarła do następującego fragmentu jednego z moich rozdziałów: „[...] ciężko sobie bowiem wyobrazić zamek królewski stojący w głuszy, do którego mieliby zjeżdżać się zalotnicy. Samotne zamki plasujące się w środku lasu pojawiają się, ale należą do samego diabła, do którego bynajmniej żaden dziarski młodzian w konkury nie uderza.” No nie uderza, świętą prawdę napisałam, tyle że może należałoby to nieco inaczej ująć. No więc siedzę i zamieniam teraz te wszystkie kwiatki na coś bardziej ludzkiego, od czego recenzent nie dostanie apopleksji. 

Bez odbioru!


  • RSS