… filologii polskiej. Będzie notka-rzeka, pełna wynurzeń i
cytatów niekoniecznie mądrych, zawiadamiam uprzejmie. Czuję się jednak w
obowiązku taką napisać, bo cały ten cyrk na kółkach powstał właśnie ku czci i
chwale studiujących ze mną osób, zatem nie pożałuję sobie i epopeja będzie!

 

Pięć lat minęło, magistery się z nas porobiły, a mnie
melancholia chwyciła w szpony i postanowiłam tę oto notkę pożegnalną skrobnąć
(gwoli ścisłości skrobnęłam ją już jakiś czas temu, ale dopiero teraz mogę
wrzucić, bo szlajałam się po ojczyźnie do nieprzyzwoitości, wykorzystuję więc
chwilę spokoju, zanim znowu mnie gdzieś diabli poniosą), by uhonorować i takie
tam różne tych tam dziwaków ze studiów.

Pięć lat temu, dnia bodajże pierwszego października w stanie
obłędnej paniki wkroczyłam w ponure mury wtedy jeszcze Akademii Pedagogicznej.
Z niejakim trudem wdrapałam się na piąte piętro, by dowiedzieć się, że zajęcia
odbywają się na czwartym, z przekleństwem na ustach zlazłam na to czwarte i
tamże rzuciła mi się w oczy persona mierząca chyba ze dwa metry, bardzo głośna,
odziana w jakieś tam gacie i koszulkę z diabłem tasmańskim. Personę otaczał
mały, nieco onieśmielony tłumek, który z pewnym zdumieniem wsłuchiwał się w
słowa wysokiej osobistości, głoszącej orędzie o wszechpotężnej głupocie nas
wszystkich tu zgromadzonych.

Wariat. Jak Boga kocham, wariat! – pomyślałam i czym prędzej
poszłam go poznać.

Persona okazała się Starostą, do którego z marszu się
przyczepiłam. Starosta wziął na poważnie swoje obowiązki, stworzył forum roku,
na którym od razu się zarejestrowałam i z zapałem zaczęłam udzielać. Skończyło
się to szeregiem ostrzeżeń, a powody udzielania mi ich brzmiały następująco:
„Za wszystko!!”, „Za całokształt twórczości”, „Za to, że Cię lubię, dlatego
muszę dbać o Twój charakter i mniemanie o sobie”, „Dwa ostrzeżenia to łyso,
dlatego masz trzecie”, „Za głupie posty, spamowanie, nabijanie postów, za zło
na świecie i Adama Małysza”, „Żebyś o mnie nie zapomniała!”. Wspanialszymi ostrzeżeniami
mógł się poszczycić jedynie Maciej, wzdragam się jednakże przed przytoczeniem,
bo i tak mi pewnie za te wspominki ludzie łeb ukręcą. Tak czy inaczej muszę
przyznać, że codzienną egzystencję Starosta potrafił urozmaicić do szaleństwa.
Prezentował tę szczególną właściwość, że dzwonił do mnie praktycznie jedynie
wtedy, gdy akurat właziłam pod prysznic, nie wiem, co nim kierowało, telepatia
chyba. Z furią sięgałam po ręcznik i pędziłam po telefon, by dowiedzieć się, że
on właśnie spożywa obiad, Starosta znaczy. Nie przeszły mu te
talenty wraz z upływem czasu, kilka dni temu znów wyciągnął mnie spod prysznica,
tym razem by zgłosić pretensję, że po świecie się plątam, zamiast z nim i
Maciejem na rajd śladami kardynała Wyszyńskiego jechać i zobaczyć zalew, w
którym Wojtyła odciski moczył…! 

Musieli być cokolwiek pijani, podejrzewam nieśmiało.

Następną osobą, którą pamiętam znakomicie, jest Kot. Jako
jedna z nielicznych błysnęła intelektem i przyszła na pierwsze zajęcia prawidłowo,
to jest – o półtorej godziny później. Siedziała samotnie pod ścianą, obserwując
naszą grupkę z tak idealną obojętnością, że aż postanowiłam  podejść i sprawdzić, czy to to aby na pewno
nie jest sztuczne. Nie było. Kot okazała się Kotem, do której przyczepiłam się o
tyle trwale, że w końcu zamieszkałam w tym samym bloku, w mieszkaniu obok. Kota
w zasadzie należy obwiniać o powstanie Jebudubu, bo już na pierwszym roku,
obserwując moje bazgrolenie po notatkach (swoich i cudzych, gdy kończyło mi się
miejsce), zażądała strony i jakiegoś uporządkowania tego chaosu. Nie od razu to
ruszyło, pierwszy rok bowiem obfitował w wydarzenia wstrząsające, moja
osiemnastoletnia osoba pchała się bez opamiętania w kłopoty wszelkiego rodzaju,
opamiętałam się dopiero w pewnym stopniu na drugim roku i blog ruszył. Zdychał
po drodze kilka razy, ale jakoś podnosił się i lazł do przodu.

Następny w kolejce był Kacper i wcale nie miałam zamiaru się
do niego przyczepiać, z początku bowiem ta milcząca, długowłosa i w skórzaną
kurtkę odziana kombinacja atomów promieniowała outsiderowatością,
majestatycznie przemieszczała się po korytarzach uczelni, rozsiewała jakąś taką
godność i w ogóle onieśmielenie budziła. Mnie zaś wtedy z godnością było absolutnie
nie po drodze, zachowanie mojej osoby musiało budzić w ludziach podejrzenia
jakiejś dziwnej nadpobudliwości, a może nawet choroby psychicznej, kto wie. W
każdym razie przypadek sprawił, że przez kilka dni z rzędu natykałam się na
Kacpra i głupio było się nie odzywać zupełnie, nawijałam zatem, jakieś straszne
głupoty zapewne, a w końcu Kacper okazał się Kacprem, nie smokiem wawelskim. Nie
zostałam więc spopielona, a jemu dziwne spojrzenia wkrótce przeszły, można
powiedzieć, że przyzwyczaił się do moich dziwactw. Albo przynajmniej dobrze
udawał.

Z Kacprem i Starostą w ogóle chodziliśmy wspólnie na
angielski i dziwię się pani prowadzącej, że nie wyrzuciła nas z sali na zbity
pysk, bo regularnie przestawialiśmy wiszący tam zegar pięć minut do przodu. W
zasadzie dziwię się jej nawet bardzo, bo zagrania miewaliśmy w tamtym czasie
szatańskie i naprawdę teraz jestem pełna podziwu dla kobiety, że nas nie tyle
nawet nie rozsadziła, ale zgoła nie zamknęła w osobnych boksach. Przestawianie
zegara to jedno, cała grupa miała ubaw, Starosta przestawiał, ja tkwiłam obok
niego nie wiadomo po co właściwie, możliwe, że tak sobie, a na czatach stał
Kacper. Usnął w końcu na tych czatach, bo poprzedniego dnia zabalował
przesadnie, i szanowna pani od ęgilskiego prawie nas przyłapała na tym czynie
nagannym. Poza tym nagminnie prowadziliśmy ożywione dyskusje na papierze,
całkowicie ignorując zajęcia, a fragment jednej z nich brzmiał następująco i
niezbyt mądrze:

Karo [z lekkim niesmakiem i trochę zgorszona]: Kacper, skąd
ty masz różowy długopis?

Kacper [po namyśle]: To twój.

Starosta [histerycznie]: Gdzie jest moja pupa?!!

Ostrzegałam, że będzie niemądrze. Swoją drogą znalazłam
więcej takich cudów, ale uszanuję zdrowie psychiczne czytających i nie
przepiszę tych oszałamiających dzieł.     

Podejrzewam, że później przyplątała się Natalia, ale głowy
nie dam, możliwe, że wcześniej objawił się Maciek. Nawet na pewno wcześniej był
Maciek, gdyż archiwum twierdzi, że już w czerwcu 2010 pierwszy raz wepchnęłam
go do komiksu, bo tak mi jakoś pasowało. Plątali się wszędzie razem ze Starostą,
przy czym Maciek pełnił jakąś niezrozumiałą dla mnie, owianą nimbem tajemnicy
funkcję. Raz był przedstawicielem Starosty, raz jego prawą ręką, raz
przewodnikiem, a sto tysięcy razy kimś innym. Rychło machnęłam na to ręką,
stwierdzając, że nie jest mi ta wiedza niezbędnie potrzebna do szczęścia. Naraził
mi się w ogóle Maciej straszliwie, bo pewnego dnia potężnym rykiem, od którego
zadrżał cały uniwersytet, ogłosił wszem i wobec, że musi co ja narkotyki
zażywam, bo niemożliwe, żeby zwykłe wchodzenie po schodach aż tak odbijało się
na twarzy! O mało trupem nie padłam, a zgromadzona wokół brać studencka natrząsała
się ze mnie jeszcze długo potem.  

Na końcu pojawiła się Natalia, ale w jaki sposób się
zetknęłyśmy, pojęcia nie mam. Pewne jest, że zaczęłyśmy chodzić do jednej
grupy, a co potem nastąpiło, jedno licho wie, rezultaty natomiast okazały się
wstrząsające i położyły się głębokim cieniem na psychice Natalii. Jak sama
twierdzi, wytykając mi to ponuro przy każdej okazji, „było zwiewać, kiedy
jeszcze się dało”, teraz natomiast już przepadło i wola boska, cierpieć będzie,
chciała, niech ma!

Nie wiem, kiedy zleciało te pięć lat i zrobiły się z nas
zramolałe stare próchna bez kondycji, za to z wyższym wykształceniem, ale jedno
muszę przyznać – było fajnie :]

Pees. To co my teraz będziemy robić?!

Pees 2! Żadnych błędów teraz nie widzę, za wszystkie ewentualne błędy serdecznie żałuję i proszę o rozgrzeszenie (pokuty nie chcę), poprawię je przy najbliższej okazji! :)